sobota, 31 stycznia 2015

133. "Unicestwienie" Jeff VanderMeer

Okładka pochodzi ze strony otwarte.eu.


Info:
Autor: Jeff VanderMeer
Tytuł: Unicestwienie
Tytuł oryginału: Annihilation
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 232
Numer tomu: 1

Oto kolejne rozpoczęcie kolejnej postapokaliptycznej serii wydawanej przez Otwarte. Co zadecydowało o tym, że się nią zainteresowałam? To chyba wina niecodziennej okładki i intrygujących ilustracji wewnątrz (tak, są obrazki!), ale to także wyraz nadziei, że powieść dobrej jakości tym razem nie zakończy się na pierwszym tomie.


Wyruszyła kolejna ekspedycja do Strefy X. Każda z uczestniczek ma swoje powody, dla których się tam znalazła, jednak z czytelnikiem w kontakcie jest tylko biolożka. W tej książce nie ma imion, znacznie ważniejsze są umiejętności każdego człowieka i jego przydatność w wyprawie. Ta konkretna ekspedycja na początku składała się z pięciu osób: językoznawczyni, psycholożki, geodetki, antropolożki oraz właśnie biolożki. O wszystkim zostały poinformowane, jednak rzeczywistość dość dogłębnie zweryfikowała tę wiedzę.

Ciężko jest napisać opis czegoś tak złożonego jak ta, w sumie nie za długa, powieść. Cały czas miałam wrażenie, że zbyt dużo zdradzam. Chciałam pójść na łatwiznę i skopiować opis z internetu, ale nie oddałoby to tego, w jaki sposób zrozumiałam Unicestwienie. Otóż na samym początku czułam się zagubiona i nie do końca wiedziałam, o co tak naprawdę chodzi, co to jest ta Stefa X, dlaczego bohaterki nie mają imion. Czyli chodziły mi po głowie standardowe pytania przy rozpoczynaniu kolejnej powieści. Potem jednak nie mogłam nie zauważyć, że historia zapisana na tych kartkach nie ma nic wspólnego ze zwyczajną opowieścią. Przede wszystkim: była mocno niepokojąca.

Zazwyczaj autor prędzej czy później wyjaśnia zasady działania stworzonego przez siebie świata. Tu jest zupełnie inaczej. Czytelnik poznaje te reguły wraz z bohaterką, zatem do samego końca nie wiadomo wszystkiego, a jedynie urywki. Nieznany świat wstrząsa zarówno biolożką, jak i towarzyszącemu jej odbiorcy, ponieważ zastosowano pierwszoosobową narrację. Każdy szczegół jest tak samo ważny, każdy ruch liścia, cichy skrzek w zaroślach czy odgłos łamanej gałązki może oznaczać niebezpieczeństwo, tylko jak można się przed nim ustrzec, skoro nic o nim nie wiadomo? Czytelnik jest w ciągłym stanie napięcia.

Tego bardzo brakowało mi w wielu innych powieściach – ciągłego strachu przed nieznanym. Niemożności znalezienia odpowiedzi na pytania dotyczące często wyboru między życiem a śmiercią. W końcu także finiszu, który nie daje spokoju i przez to rozpaczliwie woła o kontynuację. Pan VanderMeer sprawił, że mimo momentów, które według mnie były przesadnie rozciągnięte albo zbyt proste, czytałam jego książkę z zapartym tchem i nie myślałam zbyt wiele o świecie dookoła mnie. Kiedy weszłam w tę powieść, nie mogłam wyjść. Dokładnie tak jak było w przypadku biolożki i Strefy X.

To jedna z lepszych pozycji fantastycznych, które mogę polecić z czystym sercem. Wciąga, szokuje i sprawia, że ciągły nawał pytań zaczyna czytelnika męczyć, wymagać jego ciągłej uwagi. To nie historia na przydługi wieczór przy herbacie i ciastkach – chyba że lubicie herbatę mrożoną i ciastka twarde jak cegły. Całości dopełniają oczywiście ilustracje stworzone przez Patryka Mogilnickiego. Mogłabym się w nie wpatrywać godzinami.

Jeśli nie znam prawdziwych odpowiedzi, to tylko dlatego, że wciąż nie wiemy, jakie zadawać pytania.
(str. 225)